17.05.2012

Jakby to powiedzieć… chyba jednak trochę się wyalienuję na pewien czas. Tak tylko póki się z pewnym Rogasiem niekoniecznie z Doliny rozprawię.

Nie podejrzewałabym siebie o to, że dam się wciągnąć jeszcze jakiejś grze, ale sentyment pozostaje sentymentem…

Posted in inne, prywatnie

13.05.2012

Początkowo ktoś mnie zaraził “Grą o tron”. Później ja tą epidemię rozniosłam dalej – obecnie pół działu zaczyna tydzień od “masz już nowy odcinek?”, po to aby następnego dnia zaraz po przywitaniu się zacząć rozprawiać o tym, co oglądaliśmy. Mnie samą wciągnęło to na tyle, że sięgnęłam również po książki. O ile pierwszy tom mimo sporej przyjemności z czytania nieco u mnie przeleżał na półce ustępując chwilowo kolejki wielu innym tytułom, o tyle z drugim poszło już całkiem gładko. Chociaż tu “winowajcą” najprawdopodobniej jest fakt, że strasznie dopingował mnie drugi sezon serialu. W końcu obiecałam sobie, że obejrzę go dopiero po przeczytaniu książki. I dobrze, bo jakby nie patrzeć scenarzyści nieco zmodyfikowali fabułę na swoje potrzeby, nie zawsze w sposób, który by mi się podobał.

“Starcie królów”. Kolejna “cegła” mogąca się pochwalić przeszło 800 stronami dalszych losów Westeros. Kolejny tom przedstawiający historię kilku różnych bohaterów, z kilku różnych punktów widzenia. Bohaterów jak zwykle mocno nakreślonych, wręcz ze szczegółami, z których większość nie jest ani tymi dobrymi, ani tymi złymi. Każdy za to ma swój cel, do którego dążąc musi nierzadko przekraczać granicę między dobrem i złem. Jak my wszyscy. Może dlatego postacie wykreowane przez Martina są tak łatwostrawne. Są po prostu ludzkie zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym tego słowa znaczeniu, a nie “epickie” i wymuskane. Za to dobro nie zawsze może zwyciężać. Czasem zwyczajnie musi też dostać po tyłku….

Zmieniając klimat sięgnęłam po coś hmm, powiedzmy po prostu innego. Po trylogię popełnioną przez Suzanne Collins. I w tym momencie wypada, abym poprosiła o jedno, tylko jedno. Jeśli kiedykolwiek zakomunikuję, że z ciekawości chcę spróbować również przygody ze Stephenie Meyer i jej “Zmierzchem” – niech mnie ktoś po prostu dobije, tak będzie bardziej humanitarnie.

“Igrzyska śmierci”. Kolejny święcący obecnie triumfy w kinach przebój. Miała to być łatwa, szybka i w miarę przyjemna lektura. Ot, takie odreagowanie z odmóżdżeniem. Szczególnie, że biorąc pod uwagę mój wiek, nie należę raczej do targetu tych książek. Mówiąc wprost – jestem na nie za stara.

Niedaleka przyszłość, nieco post-apokaliptyczne, totalitarne państwo, którego głodujący, biedujący i ogólnie uciemiężeni obywatele żyją w ciągłej obawie przed odbywającymi się co roku Głodowymi Igrzyskami. Wydarzeniem, z jednej strony stanowiącym rewelacyjną rozrywkę dla mas, z drugiej będącym przestrogą, przed jakąkolwiek próbą buntu wobec władz.

A w samym środku tego wszystkiego główna bohaterka, a zarazem narratorka. Młoda dziewczyna, która z łamiącej prawo dla dobra swojej rodziny kłusowniczki staje się z biegiem czasu symbolem buntu i nadziei na obalenie krzywdzącego obywateli systemu.
Wszystko to okraszone rozmemłanym wątkiem romantycznym z serii “bo ona nie wie, kogo wybrać”. To ostatnie nieco zalatuje nie do końca świeżym “Zmierzchem”. Ale o dziwo daje się strawić. Albo może to ja już przechodzę aż tak okrutne odmóżdżenie.

Ta druga opcja jest szczególnie prawdopodobna. Po czym wnoszę? Po tym, że historie tak całkowicie abstrakcyjne względem mojego własnego życia potrafiły w pewnych momentach wyciągnąć z odmętów mojej pamięci najczarniejsze wydarzenia. Te, które od dłuższego czasu spychałam bezpiecznie na samo dno, z którego miały się już nie wydostawać. Widać wystarczy czasem ciąg pozornie nieszkodliwych skojarzeń żeby dotrzeć tam, gdzie nikt nie powinien. A w taki oto sposób, coś czego przeznaczeniem była rozrywka i odreagowanie, stało się czymś wręcz odwrotnym…

Jakieś propozycje, co teraz wybrać na “zmianę smaku”?

Posted in książkowo Tagged

06.05.2012

The King is dead, long live the King! to pierwsze, co przychodzi mi do głowy. Chociaż w zasadzie powinno brzmieć w tym wypadku The Queen is dead, long live the King. Otóż to, panującą kilka lat królową mieszkania zastąpił w piątek młody król. Król Filip.

Na razie jest niemiłosiernie wypłoszowaty, mniejszy od przeciętnej świnki morskiej i wszędzie go pełno. Pierwszego dnia zdążył pogonić oba koty, które na widok tak małego w zasadzie nie wiadomo czego wolały się wycofać w bezpieczniejsze rejony.
Oczywiście, czy kogokolwiek zdziwi fakt, że wszyscy się nim zachwycają? No może nie wszyscy, jest jeden wyjątek.

Nie potrafię się tak do końca do niego przekonać. Jest dla mnie za mały i za drobny (mieści się na jednej dłoni). Poruszanie się po mieszkaniu kiedy kręci się gdzieś przy nogach zaczyna przypominać ścieżkę zdrowia, przy której dodatkowo trzeba mieć oczy wokół głowy. O ile wybijanie sobie zębów o Sabę to już norma, o tyle nigdy potykając się o nią nie muszę się bać, że jej się coś stanie, zawsze tylko ja dokładam do kolekcji siniaka. W przypadku psa, który waży mniej niż pół kilo każde zawadzenie nogą mogłoby się okazać tragiczne w skutkach…

Poza tym, może to i okrutne, ale wydaje mi się, że jestem już całkiem wyprana z instynktu macierzyńskiego. Nie ciągnie mnie do opieki nad czymś małym i nieporadnym, a już na pewno nie ciągnie mnie do zachwycania się wszystkim, co “osiągnie” z produkcją fekaliów na czele. Jeśli czyni mnie to złym człowiekiem to trudno, najwyraźniej it’s good to be bad…

W każdym razie Filipowi życzę jak najlepiej, przede wszystkim tego, żeby jak najszybciej podrósł i oduczył się wchodzenia pod nogi, tak będzie lepiej dla nas obojga…

Posted in prywatnie

01.05.2012

Chociaż była głośna, upierdliwa, czasem inteligencją przypominała but z lewej nogi i trzeba było się z nią obchodzić delikatniej niż z jajkiem, to brakuje jej.

Posted in prywatnie

23.04.2012

I wrócił. Jeszcze przed 10 Acer wylądował w moich rękach, a raczej na moim biurku. Dobrałam się do niego niczym dziecko do prezentu pod choinką. Niestety, bardzo szybko musiałam ostudzić swój zapał, bo sprzęt po podróży z terminala w Gdańsku był zbyt zimny żeby go bezpiecznie uruchomić. Zamiast tego podmieniłam dysk na ten z wcześniej skopiowanym systemem i zajrzałam do protokołu serwisowego.

I tu naprawdę duże brawa dla serwisu Acera. Mimo niekoniecznie miłego pana na infolinii spisali się wręcz rewelacyjnie.
Po pierwsze sprawa niedziałającego głośnika. Został wymieniony cały panel z głośnikami i przyciskami. Żadnej zabawy w naprawy, po prostu cały nowy komponent.
Po drugie przegrzewanie sprzętu. Tu kolejne miłe zaskoczenie. Szczerze mówiąc liczyłam najwyżej na to, że go przeczyszczą, zmienią pastę na procesorze i karcie graficznej i tyle. A tu niespodzianka. Całe chłodzenie zostało wymienione. I faktycznie, użytkując go teraz kilka godzin mogę to potwierdzić, bo sprzęt pracuje cichutko, podczas gdy przed wysyłką wyraźnie słychać było, że wentylator jest już nieco zatarty i zamiast przyjemnego szumu generuje dźwięki bliższe kosiarce do trawy. Temperatury obecnie też bez zarzutu, chociaż jeszcze muszę w wolnej chwili pobawić się w większe obciążenie (może w końcu bym w coś pograła?).

W takiej sytuacji, jeśli nic się nie pogorszy w sprawie serwisu myślę, że z czystym sumieniem będę mogła polecać sprzęt Acera, zwłaszcza że ich oferta jest zazwyczaj bardzo przystępna cenowo. Fakt, do wykonania rodem z Sony Vaio czasem trochę brakuje, o wytrzymałości zbliżonej do serii ThinkPad (chociaż tu akurat się w Lenovo trochę pogorszyło) też ciężko mówić. Ale sprzęt wygląda całkiem przyzwoicie, wydajność ma niezgorszą, a do tego nie rujnuje kieszeni. I co przynajmniej dla mnie istotne, obsługa gwarancyjna jest mało kłopotliwa. Tak, wbrew pozorom znam dużo bardziej upierdliwe serwisy, które potrafią nawet z byle powodu unieważnić gwarancję. Ale to temat na inne okoliczności.

Teraz bez zbędnych opowieści zamierzam się nacieszyć powrotem mojego sprzętu, ot co.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Posted in łyk techniki Tagged